piątek, 10 maja 2013

Zawieszam

Nic dodać nic ująć.
Wena dla tego opowiadania dawno mnie opuściła. 
Na dysku mam setki kopii kolejnych rozdziałów... Niedokończonych.
Na pewno kiedyś tu wrócę.
Jednak jak na razie muszę się z wami pożegnać.
Do zobaczenia! ♥

niedziela, 3 marca 2013

03 Rozdział: Pierwszy raz


Lekcje mijały w spokoju. W dosłownym tego słowa znaczeniu.  Wkurzającego mnie bruneta nie widziałam, odkąd zwijał się z bólu u mych stóp.  Do tego bez Vivian każda lekcja wygląda inaczej. Nauczyciele nie mają komu zwracać uwagi na różowe włosy i czarne paznokcie. Ja siedząca w pierwszej ławce nie odwracam się co chwila, by zobaczyć roześmianą Vivi.
Mój wychowawca – nauczyciel biologii – ogłosił, że chce zabrać nas do rezerwatu przyrody. To może być ciekawa wycieczka, pomyślałam.  Wychodząc z klasy, miałam zamiar napisać do Vivi, by dowiedzieć się, czy żyje. Jednak  były nikłe szanse, że odpisze, więc postanowiłam ruszyć prosto w stronę stołówki.
Dzisiaj na obiad miał być gulasz. Zniesmaczona chciałam wyjść z dusznego pomieszczenia, jednak  zaburczało mi w brzuchu. No tak, nie jadłam nawet śniadania.  Podeszłam do okienka, przy którym rozdawano jedzenie. Starsza pani z siatką na włosach uśmiechnęła się krzywo. Wzięłam do ręki szarą, plastikową tackę, po czym ustawiłam się w kolejce. Zza szybki mogłam dostrzec, że prócz mięsnej potrawy można wziąć sałatkę warzywną. Odetchnęłam z ulgą.
Nigdy nie myślałam o tym, by być wegetarianką. Zwierzęta, z których jem mięso, są martwe, więc czemu miałabym ich nie zjeść? Jeśli nie ja, to przetrawi je ktoś inny. Takie są realia życia. Vivian natomiast nie je mięsa. Nie tknie nawet pojedynczego kawałka kurczaka w zupie. Szanuję jej poglądy, bo przecież to ja od kilku lat omijam stołówki szkolne szerokim łukiem. Jedzenie, jakie w nich podają, zawsze kojarzyło mi się ze starymi, przeterminowanymi zupami z puszek.
– Trzymaj – warknęła kobieta ubrana w brudny, przyszarzały fartuch. Podała mi plastikową miskę z gulaszem, a obok nałożyła warzywa, które były moją wyczekiwaną „sałatką warzywną”.
Westchnęłam cicho, podziękowałam i nie patrząc na tackę z jedzeniem, ruszyłam do jedynego wolnego stolika. Znajdował się on na samym  końcu stołówki, w rogu. Odpowiadała mi ta lokalizacja. Kiedy w szkole byłam sama, bez Vivi, wolałam się nie rzucać w oczy. Wiedziałam doskonale, że ludzie są nieprzewidywalni. Nie bałam się, że jakiś napalony chłopak zgwałci mnie na oczach wszystkich. Bardziej denerwowałam się, że wyląduję u dyrektora za „znęcanie się” nad uczniami. Kiedy tylko czułam się zagrożona, potrafiłam powalić na ziemie najlepszego osiłka. Osaczenie i zdenerwowanie nie tworzą dobrej pary. 
Wbiłam widelec w rozgotowaną marchewkę, po czym zjadłam ją najszybciej, jak potrafiłam. Była słona, miękka i okropna w smaku. Mój żołądek  po raz kolejny przypomniał mi o sobie. Czym prędzej wyszłam na korytarz, wyrzucając resztki jedzenia do śmieci. Skierowałam się do swojej szafki, by wziąć książki na następną lekcję, którą była matematyka.
Podeszłam do szafki i wyciągnęłam potrzebne książki. Nawet się nie odwróciłam, kiedy usłyszałam czyjś śmiech tuż obok mnie.
– Widzimy się na fizyce! – ktoś krzyknął, jak zgadywałam, był to Mleczny Facet.
Zatrzasnęłam drzwi od szafki i chcąc, nie chcąc, musiałam na niego spojrzeć. Wyciągał właśnie zeszyt. Popatrzył na mnie z szeroko otwartymi oczami, lecz nie to mnie intrygowało. Jego zęby były zaciśnięte na pączku, który wystawał z jego ust. Poczułam narastający głód, więc odwróciłam się i skierowałam w stronę sali numer dwadzieścia.  Nic z tego. Chłopak podążał za mną krok w krok.
– Nie masz lepszego zajęcia? – warknęłam, odwracając się na piecie, przez co on prawie na mnie wpadł. Wyciągnął drożdżówkę z buzi, oblizał wargi i uśmiechnął się.
– Jared – powiedział, kłaniając się teatralnie – A ty jesteś...
– Kimś, kto zaraz ci przyłoży – fuknęłam.
– Oj, oj.. – Odsunął się o krok – Nie zapędzaj się – Podniósł ręce do góry.
– Czego chcesz? – zapytałam, udając znudzenie.
– Zaprosić cię na randkę – Uśmiechnął się, a ja zaniemówiłam. Serce zabiło mi mocniej, ale szybko się opamiętałam. Czemu niby chciałby się ze mną umówić? Dla zabawy? Przecież wyraźnie odganiałam go od siebie!
– Nie – powiedziałam, uśmiechając się tryumfalnie. Zaczęłam iść w przeciwnym kierunku.
– Jak się zgodzisz... – zaczął, chwytając mnie za nadgarstek. Odwróciłam się w jego stronę. – I nie będziesz się dobrze bawić, to dam ci spokój.  Przestanę się odzywać, łazić za tobą. Obiecuję.
Popatrzyłam na niego zdziwiona. Wyglądał na pewnego siebie. To dobra propozycja, pomyślałam, spędzę z nim kilka godzin, a później się ode mnie odczepi. Raz na zawsze.
– Zgoda – westchnęłam, wyrywając rękę z jego uścisku. Jego oczy rozszerzyły się. Uśmiechnął się i wydał z siebie dziwny dźwięk. Podniosłam brwi do góry i wyrwałam kartkę z zeszytu. Szybko zapisałam na niej swój adres. Nie byłam pewna, czy to dobry pomysł, ale postanowiłam zaryzykować.
Nagle znowu poczułam, jak skręca mnie w żołądku. Brzuch zaburczał głośno, a Jared popatrzył na mnie zdziwiony.
– Jesteś głodna – powiedział i uderzył się otwartą dłonią w czoło. Szybko schował drożdżówkę do torby i chwycił mnie za rękę. Zrobił to tak szybko, że nie zdążyłam zareagować. Zatrzymał się dopiero przed wejściem do szkoły. Padał deszcz, i nie miałam ochoty na spacer.
– Zaczekaj tu. – Wskazał  na murek przy drzwiach. Kaptur bluzy zarzucił na głowę i wybiegł spod dachu. Wyszedł poza teren szkoły, a ja obserwowałam go, póki nie zniknął mi z oczu.
Po co on to robi? Przecież jestem dla niego okropna, powinien mnie nienawidzić, zresztą tak jak wszyscy. Na pewno chce czegoś ode mnie. Bo po co miałby zapraszać na randkę taką osobę. jaką jestem ja, a nie jakąś szczupłą, wysoką blondynkę? Zgniotłam kawałek papieru, na którym był zapisany mój adres. Schowałam go do kieszeni i w spokoju czekałam. Rozległ się dźwięk dzwonka, a Jareda nadal nie było. Zaczęłam się denerwować.
W końcu go zobaczyłam. Biegł w moją stronę z białą siatką w ręku. Stanął przede mną i uśmiechnął się, podając mi swoją „zdobycz”. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale on mnie uprzedził.
– Przepraszam, że tak długo. – Odgarnął mokre włosy z czoła. – Nie wiedziałem, jaki smak wolisz, więc wziąłem oba.
Smak? Zaglądnęłam do siatki i uśmiechnęłam się szeroko. Skoleboller. Są to miękkie bułki, bardziej przypominające ciastka. Na zewnątrz obsypane kokosem, a środku kryjące budyń.
– Dziękuję – powiedziałam – Oddam ci pieniądze – powiedziałam i zaczęłam grzebać w kieszeni w poszukiwaniu drobniaków.
– Nie trzeba – uśmiechnął się i wszedł do szkoły, zdejmując bluzę.
– Nalegam – mruknęłam, ale on tylko zaśmiał się.
– Był już dzwonek? – zdziwił się, po czym spojrzał na mnie i uśmiechnął się tajemniczo.
– Co? – zapytałam. Tak naprawdę już chciałam zjeść kupiony posiłek, jednak kultura mi na to nie pozwalała. Skoleboller były, z tego co pamiętam strasznie tuczące, dlatego jadłam je rzadko.
– Co teraz masz? – zapytał, pocierając dłońmi.
– Matematykę – powiedziałam, krzywiąc się. – Przepraszam, musi ci być zimno – szepnęłam, czując się winna. Przez to, że nie nosze śniadań do szkoły, on teraz marznie.
– Możesz mnie rozgrzać – szepnął, nachylając się w moją stronę. Zrobiłam sprytny unik, a on uderzył głową o ścianę.
– Ała! – mruknął, masując swoje czoło.
To, że zgodziłam się z nim wyjść nie oznaczało, że może robić, co chce. Całe poczucie winny wyparowało, a ja znowu poczułam narastająca irytację.
– Zrywałaś się kiedyś z lekcji? – zapytał, na nowo się uśmiechając. Pokręciłam przecząco głową. Nigdy nie miałam powodu, by opuszczać zajęcia, zwłaszcza, że zależało mi na dobrych stopniach – No to teraz będzie twój pierwszy raz – uśmiechnął się i na nowo chwycił moją dłoń.
– Jared! – krzyknęłam, kiedy ruszył przed siebie.
– Tak? – zapytał, uśmiechając się.
– Co ty robisz?
– Zabieram cię do mojego miejsca – wystawił mi język, a ja pokręciłam przecząco głową. Choć połówka mnie kazała wyrwać dłoń z uścisku,  pójść na lekcje, i błagać nauczycielkę, by usprawiedliwiła mi spóźnienie, to druga połowa – ta silniejsza – postanowiła dobrze się bawić. Nawet z takim idiotą, jakim jest Jared.

_______________________

I co powiecie? Jestem z tego rozdziału zadowolona! Myślałam, ze nigdy go nie skończę. 
Sądzę, że posty będą krótkie, ale za to publikować je zacznę częściej. Co wy na to?
Serdecznie dziękuję Elif, która pod postacią anonima wypisała błędy. Kłaniam się nisko, dziękuję, dziękuję ;3
Jak wam się podoba nowy szablon? Ja jestem w nim zakochana!
Do zobaczenia ;)

Jeśli chcesz być informowany(na) o nowych postach- wpisz się do strony "informuję"


środa, 20 lutego 2013

02 Rozdział: Satysfakcja




Kochany przyjacielu,
To jest ode mnie silniejsze. Wracam ze szkoły i po prostu muszę coś napisać.
Cały czas jestem wściekła na tego głupiego bruneta, który upokorzył mnie przy wszystkich. Jak on mógł? Nie wiem, czy zrobił to specjalnie i szczerze mało mnie to obchodzi. Przynajmniej się zemściłam. Choć sok pomarańczowy to nie to samo co Mleczny Shake, to i tak czuję satysfakcję.
Vivi twierdzi, że dobrze zrobiłam. Jednak im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję się głupio. Te jego czekoladowe oczy, nie rozumiejące, co się właśnie stało. Wyglądał jak zagubione dziecko – przez chwilę. Potem spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem. Jakbym była pierwszą dziewczyną, która mu się postawiła. Nawet mnie nie przeprosił. Mam nadzieję, że więcej go nie zobaczę.
Lekarz Williama pow


– Kathe! –  Usłyszałam  wołanie mojej matki – Vivi przyszła! Zejdź na dół!
Westchnęłam cicho, po czym odłożyłam długopis, a niedokończony list schowałam do szuflady. Wyszłam z pokoju i już na schodach zobaczyłam różowe włosy Vivi.
– Musisz coś wiedzieć… – zaczęła dość niepewnie – Jutro ja i Lucas jedziemy na plażę.. Mówię ci ,szykuję się świetna impreza i...
– Musisz zerwać się z lekcji – dokończyłam za nią. Nienawidzę, kiedy Vivi opuszcza lekcje. Potem ma problemy w nauce i to ja muszę siedzieć z nią po nocach. A to wszystko za sprawą jej rodziców. Ani matka, ani ojciec się nią nie przejmuję.
– Właśnie... – Vivian zaczęła bawić się końcówkami swoich włosów – A wiesz,  ta cała dzisiejsza akcja...
– Spokojnie –  Uśmiechnęłam się niemrawo – Nie boję się kogoś takiego jak on, zresztą co może mi zrobić? – Zaśmiałam się nerwowo.
Tak naprawdę lekko się denerwowałam,  ale ostatecznie postanowiłam, że koleś dostanie w twarz, jeśli zbliży się choć na metr.
– Jeju – Vivi podskoczyła z radości – Normalnie cię kocham. No i oczywiście cię podziwiam – To była jej standardowa wymówka, kiedy czegoś chciała.
– Dobra – warknęłam przez zaciśnięte zęby – Pojutrze o szesnastej w szkolnej bibliotece. A jak się spóźnisz…
– Nie spóźnię – powiedziała, po czym mocno mnie przytuliła – Mówiłam już, że Cię kocham? – zaśmiała się, po czym wyszła z domu zamykając drzwi.
Wolnym krokiem wspięłam się po schodach. Zamknęłam drzwi do pokoju i usiadłam przy drewnianym biurku. Wyciągnęłam list z zamiarem skończenia go. Skreśliłam niedokończone zdanie i zaczęłam pisać.


Lekarz Williama pow
Jeżeli stan Williama się nie pogorszy, to od następnego tygodnia zacznie chodzić do szkoły. Oczywiście mój brat jest teraz w szampańskim humorze i nie może usiedzieć w jednym miejscu. Kiedy tak na niego patrzę czuję się szczęśliwa.
Być może to niezdrowe, ale jednak chcę z tobą rozmawiać… Jednostronnie.
K.


Kolejny  dzień zapowiadał się okropnie. Już od samego rana padał deszcz. Było mgliście, a to nie wróżyło nic dobrego.
Wstałam przed czasem i rozglądnęłam się po pokoju. Ściany były zielone, a drewniane, podłogowe panele ciemne. Naprzeciw łóżka stało biurko, a przed nim na ścianie wisiała tablica korkowa – pusta. Kiedyś wywieszałam na niej różne rzeczy, kartki z przypomnieniami, ale teraz nawet o tym nie myślę. Po lewej stronie widniało okno, a pod nim mały stoliczek, na którym stała lampka. Po prawej zaś  drzwi do łazienki oraz drzwi na korytarz.
Szybko umyłam się i ubrałam.  Po zjedzeniu śniadania nie miałam co robić w domu, więc postanowiłam wyjść wcześniej do szkoły. Przecież Vivi i tak dzisiaj nie będzie.
Dawno nie szłam sama.  Było może dwadzieścia po siódmej, dlatego przy szkole kręciło się niewielu uczniów. Deszcz padał niemiłosiernie, a kaptur mojej brązowej bluzy już dawno przemókł. Weszłam do szkoły i udałam się w stronę niebieskich szafek.
Stanęłam jak wryta. Miałam wrażenie, że ktoś sobie ze mnie żartuje. Szafka numer trzysta trzydzieści dziewięć, oddzielająca mnie i Vivi, to szafka tego nadętego bufona, który wczoraj mnie upokorzył. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Mianowicie przypomniałam sobie widok jego włosów po oblaniu ich sokiem pomarańczowym.
Postanowiłam nie okazywać strachu. Podeszłam do swojej szafki i jak gdyby nigdy nic otworzyłam ją, po czym zdjęłam bluzę i powiesiłam ją na wieszaku znajdującym się w środku. Chłopak popatrzył na mnie i otworzył szerzej oczy.
– To ty! – powiedział, ale jego ton głosu nie świadczył o tym, że jest zły – Ta od soku pomarańczowego!
Ta od soku pomarańczowego? TA OD…?
– Ach – westchnęłam, jakbym go dopiero zauważyła – Mleczny facet.
Otworzył usta by coś powiedzieć, ale ja zamknęłam szafkę i skierowałam się w stronę schodów.
– Słuchaj... – zaczął, kiedy mnie dogonił – Pewnie jesteś zła…
– Jestem zła – poprawiłam go.
– Ale nie zrobiłem tego celowo – powiedział, zagradzając mi dalszą drogę ręką – Natomiast ty owszem
– Mam cię przeprosić? – prychnęłam, patrząc mu prosto w oczy.
– Tego oczekuję – mruknął, uśmiechając się z wyższością.
– Chyba sobie kpisz – warknęłam, omijając go – To była twoja wina.
– Wcale nie – Próbował się bronić – Peter się stawiał, więc zaczęliśmy się przepychać, a to, że miałem jogurt w ręku, a ty byłaś w pobliżu, to zwykły zbieg okoliczności.
– Niech ci będzie – mruknęłam, by sobie poszedł – Ale i tak cię nie przeproszę!
Uradowana zobaczyłam drzwi od sali biologicznej. Brunet cały czas coś mówił, ale ja go nie słuchałam. Weszłam do otwartej sali i odłożyłam torbę na moją ławkę.
– Wiesz, że nie ma dzisiaj faceta od biologii? – zapytał. Spojrzałam na niego zaciskając dłoń na pasku od torby. Stał uśmiechnięty, nonszalancko opierając się o framugę drzwi. Dopiero teraz mogłam zrozumieć w jakiej sytuacji się znalazłam. Byłam sam na sam z nieznajomym chłopakiem w pustej sali. To mogło się źle skończyć.
– Czyli mogę wracać do domu – powiedziałam i ruszyłam w stronę drzwi. On jednak wystawił rękę, uniemożliwiając mi wyjście.
– Przepuść mnie – warknęłam, ale on tylko uśmiechnął się.
– Niby czemu miałbym to zrobić? –szepnął, nachylając się w moją stronę. – Chyba że dasz mi coś w zamian – po tych słowach chwycił mnie za ramię i przyciągnął do siebie. Staliśmy oko w oko, ale ja nie dałam poznać po sobie, że się boję. W jednej chwili uniosłam kolano, po czym uderzyłam go w krocze. Skulił się przede mną i jęknął.
– Nigdy więcej tak nie rób – warknęłam, omijając go z satysfakcją.

czwartek, 7 lutego 2013

01 Rozdział: Duma



Kath otworzyła zaspane oczy i spojrzała na zegarek.  Siódma. Dziewczyna miała czasem wrażenie, że ma w sobie własny zegar. Kiedy przed snem ustala sobie o której musi wstać, wstaje właśnie wtedy. To dość dziwne, ale skuteczne.
Dziewczyna ziewnęła, po czym umyła się i ubrała. Za godzinę rozpocznie się pierwszy dzień nowej szkoły. Była bardzo podekscytowana całą sytuacją. Miała nadzieję, że w nowej szkole wszystko się ułoży. Chciała znaleźć swój drugi dom.
Uśmiechnięta zbiegła na dół, do jadalni. Cała jej rodzina już siedziała przy stole. William uśmiechając się jadł jajecznicę, a Tom czytał poranną gazetę. Na policzku Nicole nie było już śladu po wczorajszym „wypadku”.
Zachowują się jakby nic wczoraj nie zaszło – pomyślała dziewczyna – Pewnie udają przed Williamem.
Kath zajęła swoje miejsce przy stole, i dopiero wtedy poczuła jak bardzo jest głodna. Zapach świeżo smażonych tostów roznosił się po całej jadalni.
Pomieszczenie było dość małe. Brązowe panele idealnie pasowały do beżowych ścian. Cały pokój obwieszony był obrazami, które przedstawiały różne postacie. Autorką owych dzieł była matka Katherine – Nicole Jones.
Po skończonym śniadaniu Kath udała się do swojego pokoju. Zawiesiła sobie przez ramię plecak, po czym wyszła z domu uprzednio żegnając się z rodziną.
Vivian już na nią czekała.
– Witam w nowym roku szkolnym! – wrzasnęła dziewczyna o różowych włosach.
– Znowu przefarbowałaś – Kath wskazała na jej rzucające się w oczy, proste włosy.
– Podoba Ci się? – zapytała ruszając przed siebie – Osobiście uważam, że niebieski był zbyt mętny, a zielony przypominał Lucasowi  wymiociny.
Lucas. Blondyn, o typowo męskich rysach twarzy. Typ mięśniaka.  Kath do tej pory nie wie, co Vivian w nim widzi, ale ważne, że jest szczęśliwa.
– Tak – powiedziała brunetka – Choć niebieski bardziej do Ciebie pasował.
– Czy ja wiem..?
– Dobra, nieważne – zaśmiała się Kath.
Resztę drogi  dziewczyny poświęciły rozmowie o nachodzącej przyszłości.
Kiedy stanęły przed bramą ich nowej szkoły uśmiechnęły się do siebie.
College Lentrey to duży, dwupiętrowy budynek ozdobiony czerwoną cegłą. Szkołę otaczały przepiękne błonia, z idealnie podciętą trawą. Ogrodzone były czarną, jakby rzeźbioną bramą.
Przyjaciółki z zapartym tchem przeszły przez wielki ogród, by w końcu przekroczyć próg miejsca, do którego przez następne trzy lata będą uczęszczać.
Prócz nich przez drzwi szkoły przepychało się setki uczniów. Kath i Vivian zaczęły szukać sekretariatu, gdyż tam jako nowe uczennice musiały pójść najpierw. Owe miejsce znajdowało się niedaleko wejścia.
– Dzień dobry – mruknęła  cicho Kath.
– Och tak – powiedziała kobieta w okularach – Dobry, dobry..
Cały pokój był koloru zielonego, a drzwi obite zostały w skórę.  Pod każdą ścianą znajdowały się przynajmniej dwie półki z ciemnego drewna. Prócz obu dziewczyn i zakłopotanej pani sekretarki w pomieszczeniu nie było nikogo. Lekko zmęczona kobieta co chwila dopisywała coś na  różnych kartkach. Widać było, że jest ona zajęta.
– Nazywam się Katherine Jones, a to Vivian Brown – powiedziała brunetka. Vivian nie była zbyt dobra w przemowach i osobiście wolała siedzieć cicho.
– Jones, Brown – powtórzyła cicho kobieta, po czym podeszła do małej szafki stojącej po prawej stronie i wyjęła mały stos arkuszy. Po chwili wyciągnęła dwie teczki i podała je dziewczynom.
– W środku znajdziecie plan zajęć, mapę szkoły, numer waszych szafek razem z kodami, oraz godziny otwarcia klubów – kobieta zasiadła przy biurku – Jeśli będziecie chciały się czegoś dowiedzieć, zapraszam do mnie.
Obie dziewczyny zrozumiały przekaz jej słów, jednak nie były do końca przekonane. Jej ton głosu świadczył o tym, że miała na myśli coś w stylu… Macie co potrzebne i więcej was tu nie widzę.
Przyjaciółki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, po czym mrucząc pod nosem ciche „dziękuję” wyszły z gabinetu.
W ciągu tych kilku minut cały korytarz zdążył już wypełnić się uczniami, którzy witali się po przerwie wakacyjnej.
– Jaki masz numer szafki? – zapytała Vivi przeglądając  papiery w teczce. Brunetka również zabrała się za przeglądanie dokumentów.
– Trzysta trzydzieści osiem – mruknęła Kath przyglądając się wydrukowanemu numerkowi.
– Ja trzysta czterdzieści – uśmiechnęła się Vivian – Nie tak daleko od siebie. Może Lucas ma trzysta trzydzieści dziewięć?
– Nie liczyłabym  na to – powiedziała Kath klepiąc przyjaciółkę po ramieniu – Chodź, musimy znaleźć te głupie szafki przed rozpoczęciem lekcji.
I wtedy się zaczęło. Samo przepchanie się przez korytarz pełen śpieszących się uczniów było ciężkie, a co dopiero wypatrzenie odpowiedniego numeru, naskrobanego drobniutkimi cyferkami.
– Czekaj – powiedziała lekko zdyszana Vivian – W życiu tego nie znajdziemy.
Kath zastanowiła się przez chwilę.
– Jakiego koloru masz numer? – zapytała – Ja niebieski.
– Ja też – uśmiechnęła się Vivi.
Obie dziewczyny zaczęły rozglądać się dookoła.
– Tu są same czerwone – mruknęła brunetka – Chodźmy dalej.
Kath odetchnęła z ulgą, gdy wreszcie znalazła się przed odpowiednią szafką. Otworzyła ją specjalnym kodem. Na szczęście szafka Vivi znajdowała się tuż obok. Dzielił ich tylko numer trzysta trzydzieści dziewięć. Dziewczyny szybko wypakowały swoje książki.
– Pierwsza jest biologia – powiedziała Vivian – Rany.. Mam nadzieję, że nauczyciel spadł ze schodów.
– Daj spokój, wszystkie pierwsze lekcje to BHP – uśmiechnęła się Kath biorąc do ręki podręcznik.
Zadzwonił dzwonek, a na korytarzu zrobiło się luźniej. Brunetka dziękowała Bogu, że sala biologiczna znajduję się na parterze. Dzięki temu nie musiała biegać po całej szkole. Kiedy dziewczyny weszły do Sali nauczyciela jeszcze nie było.
Vivian od razu usiadła obok Lucasa na samym końcu sali, natomiast Katherine zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu wolnego miejsca.  Jedyne krzesło, które nie było jeszcze zajęte znajdowało się przy ścianie w drugim rzędzie.
Dziewczyna usiadła, nim zdążyła zrobić coś więcej do Sali wpadł nauczyciel. Wyglądał na sympatycznego. Kręcone, blond włosy sterczały we wszystkie strony, dopięta prawie do ostatniego guzika niebieska koszula pasowała do stalowych oczu mężczyzny. Nauczyciel nie mógł być wiele starszy od  uczniów.
– Witam, nazywam się Michael Wilkinson – powiedział lekko zaspanym głosem – Więc BHP…

* * *

Pięć pierwszych lekcji upłynęło szybko. Angielski prowadzony przez wychudzoną kobietę, której nazwisko Kathe zdołała już zapomnieć. Matematyka i uczący jej Richard Brusch. Historia z Elizabeth Flost, oraz Fizyka prowadzona przez dyrektora szkoły – Charliego Howarda.
Vivian wraz z Lucasem udali się do stołówki, by w spokoju zjeść obiad. Kathe podążała za nimi krok w krok. Kiedy poczuła woń pizzy od razu zrezygnowała z dzisiejszego posiłku. Zobaczyła  pod ścianą stojące automaty.
– Jogurt, Mleczny Shake – mruczała pod nosem Kath próbując zdecydować się na coś do picia. Ostatecznie zrezygnowała również z tego.  Bystrym okiem wypatrzyła różowe włosy przyjaciółki. Nie było to wcale takie trudne, gdyż jako jedyna miała nienaturalny kolor włosów.
Pewnym krokiem ruszyła w jej stronę.
– Ogarnij się – usłyszała za sobą męski głos – No co? – usłyszała odgłos przepychanki i śmiechy kilku dziewcząt. Kiedy była już przy stoliku Vivi, przyjaciółka pomachała jej.
Nagle Kathe poczuła jak ktoś na nią wpada. Upadła na ziemię z zaciśniętymi powiekami. Czuła na swoim dekolcie coś zimnego i klejącego. Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą dwójkę chłopców. Jeden śmiał się wskazując na nią palcem, a drugi trzymał w ręku pognieciony, plastikowy kubek po Mlecznym Shake’u.
Katherina słyszała głośne śmiechy otaczających ją osób. Czułą się poniżona i upokorzona. A to wszystko przez jednego idiotę.
Winny brunet wystawił w jej stronę dłoń, ale dziewczyna zignorowała ten gest. Wstała o własnych siłach i spojrzała na swój ubiór. Bluzka nadawała się do wyrzucenia.
 Kathe zobaczyła stojący na pobliskim stoliku sok pomarańczowy. Narodziła się w niej chęć zemsty. W jednej sekundzie chwyciła papierowy kartonik i wylała napój na brązowe włosy chłopaka, które natychmiast oklapły.
– Co do.. – powiedział chłopak, ale Kathe już go nie słuchała.
Dumnym krokiem szła przez stołówkę uśmiechając się w duchu. Nie da nikomu sobą pomiatać.


* * *

Jestem zadowolona z tego rozdziału. Chyba po raz pierwszy. Jednak postanowiłam pisać w pierwszej osobie od rozdziału drugiego. pozdrawiam wszystkich ;*

sobota, 2 lutego 2013

00 Prolog: Ostatni list



Drogi Przyjacielu,
To jest chyba ostatni list jaki do Ciebie piszę. Dostałam się do miejscowego College’u. Razem z Vivi już jutro zaczniemy naukę w Lentrey. No, przynajmniej ja zacznę.
Szczerze powiem Ci, że trzymam w ręku długopis i nie wiem co pisać w tym liście. Rodzice znowu się kłócą, a ich wrzaski słychać nawet w pokoju Williama. To nie jest dla niego dobre, ale jak mam zagłuszyć przekleństwa lecące ze strony moich rodzicieli?
Ostatnio William znów stracił przytomność. Stało się to tydzień temu, wieczorem jedliśmy kolację,  on nagle zbladł, a jego głowa opadła na stół.
Wiesz co jest najgorsze? Za każdym razem kiedy TO się dzieję, nie wiemy czy Will się obudzi.  Biedak siedzi od dwóch tygodni w domu, gdyż jego stan się pogorszył. Cały czas opowiada mi, o tym co teraz robiłby w szkole. Staram się go pocieszyć, ale nie mogę mu zagwarantować, że jeszcze zobaczy znajomych.
Zaczyna doskwierać nam brak pieniędzy. Fundacja Od Serca stara się uzbierać pieniądze na kolejne operacje, ale takich dzieci jak Will jest tysiące. Dlatego trzeba czekać…
Chciałbym Ci podziękować, że przez ostatni rok mnie wysłuchiwałeś. Wiem, że nie jesteś prawdziwy, ale czasem muszę porozmawiać z kimś innym niż Vivi. Ona jest kochana, ale mam wrażenie, że nie odbiera  wszystkiego poważnie.
Więc, dziękuję, że byłeś ze mną, ale postanowiłam skończyć pisać listy, które nigdy nie zostaną wysłane. Czy to w ogóle jest zdrowe?
Mam nadzieję, że niedługo wszystko się ułoży.

Katherine Jones


Katherine Jones spojrzała na zapisaną kartkę, leżącą na jej biurku. Przeczytała wszystkie słowa uważnie, następnie zgięła kartkę na pół. Otwarła przygotowaną kopertę i włożyła do niej list. Westchnęła cicho, gdy otworzyła szufladę. Zobaczyła bowiem dziesiątki identycznych kopert. Zaklejonych dokładnie, by nikt obcy się do nich nie dostał. Wrzuciła do szuflady bliźniaczą kopertę, po czym wyszła z pokoju.
– Do jasnej cholery! – usłyszał krzyk swojej matki, który dochodził z jadalni – Raz zachowaj się jak mężczyzna!
PLASK!
– Mamo! – krząknęła Kath, po czym wbiegła do jadalni. Jej matka – Nicole trzymała się za zaczerwieniony policzek, a jej ojciec – Tomas wpatrywał się w nią przepraszającym wzrokiem.
– Kath wyjdź – powiedziała Nicole – Wszystko jest w porządku – starała się uspokoić córkę.
– Ale.. – dziewczyna popatrzyła na czerwony policzek matki.
– Idź do Willa –uśmiechnęła się kobieta – Poradzę sobie
Po tych słowach zamknęła drzwi do jadalni. Kath wbiegła na górę próbując nie myśleć, o tym co właśnie się stało.
Delikatnie zapukała w białe drzwi, po czym otworzyła je i popatrzyła na swojego śpiącego brata. Już nie był tak blady, ale nadal miał sine usta. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i rozglądnęła po pokoju. William uwielbiał kosmos, a gwiazdom mógł przyglądać się godzinami. Ściany jego sypialni były więc ciemnoniebieskie, prawie czarne, a gdzieniegdzie  poprzylepiane były fluorescencyjne gwiazdki.
Na jego pościeli narysowane były rakiety, a dywan wyglądał jak obsypany brokatem. Półki zawalone były książkami o astronautach, gwiazdach, planetach. Kath podeszła do łóżka swojego brata i delikatnie pocałowała go w czoło. Zgasiła lampkę nocną i po cichu wyszła z gwiezdnego pokoju.

* * *

Wiem, że prolog krótki, ale następne rozdziały będę dłuższe. Ogółem jest to można powiedzieć wstęp do historii, dlatego nie chciałam zbytnio się rozpisywać. Mam nadzieję, ze się wam spodobało, oraz, ze ktoś zechce czytać historię Kath dalej.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie ;3

piątek, 1 lutego 2013

Powitanie.


Witam.
Zastanawiacie się pewnie, co ta Yokita znowu wymyśliła. Oświecę was. Tak moi drodzy, jest to mój kolejny blog. Tym razem nie będzie to opowiadanie o Harrym Potterze, lecz zwyczajny romans.
Pomysł na bloga zrodził się już dawno temu, lecz dopiero teraz postanowiłam go wykorzystać.
Nie lubię pisać takich powitań, dlatego, że nie wiem co mam tu opisać. Więc, mam nadzieję, ze blog przypadnie wam do gustu.
Pozdrawiam i do usłyszenia!